Taylor
Siedziałem z twarzą w rękach. Jak mogło do tego dojść, dlaczego, nie byłem tam wtedy z nią, dlaczego akurat z pośród wszystkich przechodniów musiała to być Sky...
Z ciemnego korytarza wyłonił się lekarz. Jego fartuch był sterylnie czysty. Wstałem.
- Mam... wiadomość. - powiedział. Nie był to ton, który przejawiał jakiekolwiek współczucie. Sky była po prostu kolejną pacjentką.
- Są różne rodzaje wiadomości. O jaką panu chodzi? - wyszeptałem.
- Ona... Była bardzo silna. - już wiedziałem, o co chodzi. Usiadłem z powrotem. Zamknąłem oczy. - Niestety... Straciła za dużo krwi, transfuzja nie przyniosła pożądanego skutku. W dodatku złamała podstawę czaszki. Nie mogła przeżyć...
- Dziękuję. - powiedziałem słabym głosem. Nie chciałem się załamywać. Choć byłem o krok od płaczu.
Powoli wstałem i skierowałem się do wyjścia. Nie mogłem już dłużej tam siedzieć. Rozpacz rozsadzała mnie od środka. Kiedy jechałem do hotelu, czułem się jakbym utracił część siebie. Tą część, która pozwalała mi kochać.
***
Epilog
Jest już rano. Słońce nieśmiało zagląda do pokoju Taylora. Mężczyzna uśmiecha się do siebie.
W końcu ma już swoje lata. Dożył spokojnej starości. Po śmierci Sky odszedł z Paramore. Nie mógł patrzeć na te zdradzieckie twarze, te twarze, które kiedyś uważał za najdroższych przyjaciół.
Jeremy dostał wyrok. Okazało się, że to właśnie on tak potrącił Sky. Gdyby dziewczyna nie umarła, siedziałby zapewne tylko kilka lat. Ale obrażenia były tak niefortunne, że nie dało się jej uratować. W związku z tym, Davis odsiedział swoje. Dostał dwadzieścia lat, ale już nigdy nie zaznał smaku wolności. Jego współlokator był bardzo brutalny. Zapłacił najwyższą cenę.
Taylor jest już tym wszystkim zmęczony. Wie, że powoli nadchodzi jego czas. Nigdy nie pokochał już żadnej kobiety. Jego serce do ostatniej chwili należało do Sky.
Serce Taylora powoli zwalniało. Przed ostatecznym momentem zdążył jedynie pomyśleć:
- Do zobaczenia, Sky.