poniedziałek, 31 grudnia 2012

And my heart is broken.


Wstając zahaczyłam rąbkiem piżamy o otwartą szufladę komody. Ktoś grzebał w moich rzeczach. Wszystko było nie na miejscu.
Przeglądając zawartość zauważyłam, że nie ma mojego naszyjnika, który dostałam od mamy na piąte urodziny. Nigdy go nie nosiłam, był bardzo stary. Kiedyś może złoty, ale teraz głównie poszarzały i wyblakły.
Nie ma go.
Ostatnia pamiątka. Ostatnia, gdyż zdjęcia zostały doszczętnie spalone.
Zbiegłam na dół. Nikt.
Już zalana łzami dzwonię do ostatniej życzliwej mi osoby.
Taylor nie odbiera po jednym sygnale.
Dwa sygnały i ciągle nic.
Po czterech sygnałach wpadam w panikę.
W końcu odebrał. Siedem sygnałów.
 - Taylor gdzie do diabła…
„Tu poczta głosowa Taylor’a York’a. Zostaw wiadomość po sygnale.”
No tak.
 - Taylor oddzwoń. To ważne. – ledwo zdołałam wykrztusić przez łzy.
Chciałam zniszczyć wszystko co wiązało mnie z rodziną.
I prawie mi się udało.
A teraz zalewałam się łzami z powodu czegoś, co było ostatnim wspomnieniem.
Ale nie potrafiłam go zerwać.
Po dwóch godzinach beznadziejnych poszukiwań zadzwonił mój telefon.
 - Sky? Co się stało? Zostawiłaś mi wiadomość.
 - Naszyjnik zniknął.
 - Co? Jaki naszyjnik? Oh.
Musiał sobie przypomnieć.
Opowiadałam mu o naszyjniku tylko raz. To było na początku. Musiałam to z siebie wyrzucić, a tylko on był zawsze gdzieś w zasięgu głosu. Inni zawsze gdzieś uciekali.
To było dziwne, że rozpaczałam z powodu takiej rzeczy.
Ale ni mogłam już powstrzymać łez.
 - Ktoś go ukradł, nie ma go w szufladzie, ani nigdzie indziej, sprawdzałam już wszędzie – wyszlochałam.
 - Już jadę.
 - Nie jedź. Musze wyjść.
Rozłączyłam się, bo nagle coś mi się przypomniało.
Rudawa wysoka postać wpływająca do mojego pokoju.
Nie wiedziałam niczego na pewno.
Ale miałam przeczucie, że Kat dostanie prezent. 

Tell them I was happy.

Byłam sama w domu, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Powoli wstałam z kanapy, żeby nie zaplątać się w koc, podeszłam do drzwi i spojrzałam przez wizjer. To był Jeremy. Szybko pobiegłam po klucze i drżącymi rękoma próbowałam otworzyć zamek.
 - Nie dam rady otworzyć, coś się zacięło! - skłamałam i wyrzuciłam klucze przez otwór na pocztę.
Jeremy wszedł do domu i zamknął za sobą drzwi.
 - Hej - powiedziałam z łobuzerskim uśmiechem.
 - Witaj.
Wiedziałam, że jest Kat. Ale to nie była moja wina, że za każdym razem kiedy go widziałam moje serce robiło salto.
 - Co u Ciebie? Chcesz kawy?
 - Nie, dziękuję. Gdzie jest Hayley?
Dlaczego był taki oschły? Co się z nim stało? A może to ja byłam problemem..?
 - Poszła do... sklepu. - skłamałam. - Ale zaraz wróci.
 - Ok, poczekam.
Usiadł na krańcu kanapy, tak, że miałam wrażenie, że zaraz spadnie.
 - Więc... - odezwał się po długiej ciszy. - Jak czujesz się jako perkusistka zespołu?
 - Trochę się gubię - zaczęłam ostrożnie - ale chyba coraz lepiej. W dodatku teraz ta trasa i nowy album.
 - Mhm. - wyglądał, jakby zapytał po prostu z uprzejmości, ale za bardzo go to nie obchodziło.
 - A jak Ci się układa z Kat?
 - Wiesz, chyba coraz gorzej.
Ktoś otworzył drzwi. Poczułam lekki zawód. Jeremy rozpromienił się.
 - O, Hayley! O wilku mowa!
Przecież wcale o niej nie rozmawialiśmy.
 - Hej, Jerm! Właśnie o Tobie myślałam.
Kłamstwo. Wracała od Chad'a. Ona myślała tylko o nim.
 - To ja pójdę... Na górę - powiedziałam głośno.
Wbiegłam po schodach i spotkałam Taylora. Musiałam być zbyt rozkojarzona, żeby zwrócić na niego uwagę, kiedy wchodził do domu razem z Hay.
 - Cześć Taylor.
 - Hej, Sky - uśmiechnął się na mój widok; przynajmniej on jeden. - Ej... Co się dzieje?
Podniósł mój podbródek szukając na mojej twarzy łez, jednak ich tam nie było.
Ten jeden raz.

piątek, 28 grudnia 2012

No sense of time.


Obudziłam się z podpuchniętymi od płaczu oczami. Wiedziałam, że oglądanie albumów rodzinnych nie było dobrym pomysłem. Papierowy stek kłamstw, na których wszyscy szczerzą się w uśmiechu. No, może wszyscy oprócz mnie. Dobrze, że uciekłam.
Usłyszałam brzęk tłuczonych talerzy. Na dole Hayley zaklęła przyjemnym głosem. Była ode mnie starsza, ale tylko wiekiem. W głębi duszy wciąż była małą dziewczynką marzącą o odleceniu do Krainy Czarów na jednorożcu albo wielkim kocie z Cheshire.
Przeciągnęłam się, ziewając. Ktoś odchrząknął.
 - Coś nie tak? – spytałam Taylora, wyjmując mu z ręki bajgla.
 - Ładna… piżama – odparł zakłopotany.
No tak. Miałam na sobie tylko za dużą koszulkę Pink Floyd. Nie chciało mi się przebierać wczoraj wieczorem. A raczej w nocy. Przechodząc koło Taylora lekko pocałowałam go w policzek.
 - Dzięki.
 - Ale… - zarumienił się – mogę dostać z powrotem moje śniadanie?
 - Obawiam się, że to nie możliwe. Bajgle to to, co tygryski lubią najbardziej.
Zbiegłam po schodach.
 - Cześć, Hay – uśmiechnęłam się.
Odwróciła się. Miała na sobie okulary przeciwsłoneczne. No tak, tylko ona mogła wymyślić coś takiego.
Hayley wprost uwielbia gotować w okularach. 
 - Witaj, skarbie – przytuliła mnie. Starałam się ignorować fakt, że byłam od niej prawie dwadzieścia centymetrów wyższa – Płakałaś ostatnio?
 - Tylko trochę. Co na… Hamburgery na śniadanie?
 - Długo spałaś. Wiesz, trochę już późno. To na obiad, Sky – puściła mi oko.
Zostawiłam Taylora z Hayley i poszłam na górę, żeby się ubrać.
Na podłodze leżało zdjęcie. Musiałam je tam zostawić wczoraj. Moje zdjęcie, na którym się uśmiechałam.
Więc jednak był moment, w którym byłam szczęśliwa.
Ale to tylko utwierdziło mnie w tym, że dobrze zrobiłam uciekając. 

czwartek, 27 grudnia 2012

Dreams are like angels.


Sky
Wpatrywałam się w zamglony las naprzeciwko hotelu. Wydawało mi się dziwne, że postanowili ocalić te drzewa. W rękach trzymałam ciepły kubek wypełniony zieloną herbatą. Było mi ciepło w starym swetrze. Pociągnęłam łyk napoju i skrzywiłam się.
 - Tay, to jest ohydne.
 - Sorry – wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Właściwie nie potrafię określić jak zaczęła się moja przygoda z Paramore. To było tak absurdalne, że do dziś nie mogę w to uwierzyć.
 - Sky? – podszedł do mnie – Sky, co się dzieje?
Po moim policzku przetoczyła się łza.
 - Właśnie uświadomiłam sobie, jakie mam szczęście, Tay. Jestem cholernie szczęśliwa.
Przytuliłam głowę do jego policzka. Nie zauważyłam kiedy wziął mnie w objęcia.
 - Uświadamiam sobie to codziennie.
Uśmiechnął się lekko.
 - Mam nadzieję, że tak zostanie – wymruczał w moją głowę; traktował mnie jak młodszą siostrę – Jesteśmy w trasie, Sky. O Paramore nigdy nie było aż tak głośno, jak teraz. Musisz uwierzyć, że wszystko będzie dobrze.
 - Wierzę. Boję się, że to ja nie okażę się wystarczająco dobra.
 - Jesteś wystarczająco dobra. Bo nie boisz się być sobą, i robić to, co do ciebie należy. Tacy ludzie są potrzebni światu.
I właśnie w tym momencie tak naprawdę uwierzyłam.