niedziela, 27 stycznia 2013

I was born in a big gray cloud.

Taylor
Kiedy wróciliśmy do domu, wciąż nie mogłem się otrząsnąć z euforii, jaka mnie ogarniała od środka. Czułem, jakbym mógł zagrać milion koncertów. Napisać milion piosenek. Wszystko dzęki jednej dziewczynie.
Dotarliśmy do domu. Sky nuciła jakąs melodię. Czasmi miałem wrażenie, że ona żyła w jej własnym świecie. Czasami tylko bywała w naszym. 
Wysiedliśmy z czarnego Renault. Zacząłem przeszukiwać kieszenie w poszukiwaniu kluczy. Nic.
 - Sky, czy nie obraziłabyś się, gdybyśmy dziś spali w aucie? Nie wziąłem kluczy...
Spojrzała na mnie niebieskimi oczami o odcieniu lodu.
 - Nie. Ale Hayley przyjedzie jutro? - odpowiedziała z lekkim uśmiechem na twarzy.
 - Nie wiem. Na pewno nie z samego rana. Znasz ich.
Uśmiechnęła się do siebie zamyślona. Chyba zawsze taka była. Zamyślona i nieobecna.
 - Taylor... Chciałabym coś sprawdzić. - powiedziała cicho, wbijając wzrok w podłogę.
Podeszła do mnie i wspięła się na palce. Popatrzyła mi w oczy i pocałowała mnie. Objąłem ją w talii i przysuwając bliżej do siebie, odwzajemniłem pocałunek. Kiedy tak staliśmy, czułem jakby pragnienie wypalało mnie od środka. Kiedy się odsunęła, miała urocze rumieńce na policzkach. Miałem wielką ochotę pocałować ją jeszcze raz.
 - I co chciałaś sprawdzić? - spytałem z uśmiechem.
 - Czy to w pokoju, to bylo na serio - spuściła wzrok - Możesz uznać, że to głupie...
 - Boże, Sky, nie! Możesz sprawdzić jeszcze raz, dla pewności - wyszczerzyłem zęby w łobuzerskim uśmiechu.
Pocałowała mnie w policzek. Szkoda, próbowałem.
 - Jeśli mamy spać w aucie, włączysz ogrzewanie. - zakomenderowała.
 - Przecież wiesz, że mam słaby akumulator! - odpowiedziałem bezradnie.
 - Tak, ale to ty zapomniałeś kluczy. - zakończyła temat z uśmiechem.
Poniekąd cieszyłem się z tej sytuacji. Noc ze Sky to zawsze ciekawa perspektywa. Nieważne jak by to brzmiało.
Weszliśmy do samochodu. Nasze oddechy w zetknięciu z zimnym powietrzem zamieniały się w obłoki pary.
Spojrzałem na Sky. Jej jasne blond włosy błyszczały w świetle samochodowego światła. Boże, była tak piękna. Zerknęła na mnie. Odwróciłem wzrok. Najwyraźniej było jej niezręcznie, gdy ktos ją obserwował.
 - Taylor... Kiedyś myślałam, że miłość to tylko puste słowo, które można odwołać. Które można podważyć. I kiedyś ktoś stopniowo bardzo utwierdził mnie w tych przemyśleniach. Jednak ty w jednej chwili zmieniłeś cały mój światopogląd. Wyda ci się to dziecinne, ale myślę, że cię kocham.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Chwilę przed tem, mógłbym wygłosić poematy na ten teamt, ale Sky w jednej chwili odebrała mi zdolność do mowy.
 - Myślisz... Czy jesteś pewna? - zdołałem wykrztusić.
Spojrzała na mnie z poważnym wyrazem twarzy.
 - Ja to wiem. 

sobota, 26 stycznia 2013

Falling out of love is hard.

W domu zastałam Taylora. Ciągle zdyszana po szybkim marszu zdjęłam buty.
 - Przecież mówiłam Ci, żebyś nie przyjeżdżał.
 - Ale przyjechałem. To jest też mój dom. - powiedział patrząc na mnie.
No tak. Mieszkaliśmy wszyscy razem. Oprócz Jeremy'ego i Katherine.
Postanowiłam się przebrać. Prawie ciągle chodziłam w jednej bluzce. Wybrałam T - shirt Ramones i czarne jeansy. Zerknęłam w lustro. Moje włosy sterczały we wszystkie strony a na policzkach wciąż miałam rumieńce. Byłam strasznie blada.
Taylor pojawił się w pokoju. Patrzył na mnie dziwnie.
 - Co dziś w telewizji?  - starałam się nawiązać rozmowę. Cisza była niezręczna. Chyba, że to ja milczałam.
 - Nie wiem. I tak chyba nie będzie sygnału. Hayley Ci mówiła? Dzieciaki z naprzeciwka postanowiły porzucać kamieniami.
 - Nie lubię dzieci. - stwierdziłam - Są rozkapryszone i nie słuchają się starszych.
 - Ja chyba też nie. Chyba, że byłyby to moje własne dzieci. - wyszczerzył zęby w uśmiechu. Wydawało mi się, że chciał powiedzieć coś jeszcze.
Chwyciłam za szczotkę i uczesałam włosy, tylko po to, żeby coś zrobić. Poczułam ręce Taylora na moich biodrach. Zamarłam.
Powoli się odwróciłam. Jego twarz była prawie na wysokości mojej. Przeniósł jedną rękę z mojej talii na szyję. Zamrugałam nerwowo. Jego palce były gorące na mojej skórze.
Musnął wargami moje własne. Objęłam go i odwzajemniłam pocałunek. Staliśmy tak przez chwilę aż delikatnie się ode mnie odsunął. Popatrzył na mnie niepwenie.
 - Przepraszam. - wymamrotał - Nie wiem co we mnie...
 - Nie  musisz przepraszać.
W jakiś sposób tylko on wiedział, czego mi trzeba.
 - Chyba trzeba zrobić jakiś obiad. Hay powinna tu być za chwilę.
 - Nie, pojechała do Chad'a. Może zjemy coś na mieście? Nie mam ochoty czekać.
Zgodziłam się. Wkrótce byliśmy już w przytulnej małej knajpie. Zamówiłam tylko kawę i bajgla. Właściwie to nie miałam na niego ochoty. Chyba zjadłam go dla zasady.
 - Sky, zamów coś jeszcze. Przecież musisz coś jeść. - powiedział Taylor.
 - Nie, wcale nie muszę. I nie, nic już nie zjem. Jestam pełna.
 - Nie wierzę Ci. Nikt nie najadłby się jednym czarstwym bajglem. A po za tym i tak jesteś za chuda.
 - Na miłość boską, dlaczego wy wszyscy tak uważacie? Nie jestem chuda, jestem normalna.
 - Jak chcesz. Nie marudź potem, że jesteś głodna.
 - O mnie się nie martw. Pójdziemy gdzieś jeszcze? Nie chcę wracać do domu...
Zamyślił się.
 - Tak. Jest jedno miejsce, w które chcę cię zabrać.
Taylor dokończył ravioli i zapłacił za obiad. Ja chciałam to zrobić, ale on nie chciał mi pozwolić.
No cóż, nie będę płakać.
Wyszliśmy i Taylor pokierował mnie do parku. Zastanawiałam się, co chciał mi pokazać.
Podążałam za nim. Wydawało mi się, że zagłębiamy się coraz bardziej w las, który częściowo rósł w parku.
 - Taylor, zaraz będzie tu chodził policjant. Musimy wracać, bo inaczej...
 - Nie martw się. Nikt nas nie złapie.
Ruszył prawie niewidoczną ścieżką. Weszliśmy do lasu.
 - Taylor, ja nie zamierzam płacić kary.
 - Już prawie jesteśmy.
Odsłonił ścianę gałęzi. Zanimówiłam.
 - Taylor, ja...
 - Ciiicho. Po prostu patrz.
Pokazał mi świetliki. Milion świetlików tańczących w wieczornym świetle księżyca. Łzy spłynęły po moich policzkach i z cichym kap spadły na ziemię. Obejrzałam się za siebie. Taylor patrzył na mnie tym samym wzrokiem, co w domu.
 - Taylor, to jest najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek ktoś mi pokazał.
Rzuciłam mu się w ramiona. Moja głowa leżała na jego klatce piersiowej, tak, że mogłam słyszeć jego serce.
Pierwszy raz w życiu byłam pewna, kogo tak naprawdę kocham.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Shout it from the roof tops.

 Wyszłam biorąc ze sobą jedynie buty, nie zważając na zalegający śnieg. W końcu miałam być na zewnątrz tylko przez chwilę.
Przeszłam przez ruchliwą ulicę nucąc jedną z nowych piosenek. Nerwowo zaczęłam nakręcać pasmo włosów na palec. Co jeśli tylko Katherine będzie w domu? Jak mnie przyjmie? Chyba nie wytrzymałabym, gdyby miała mój naszyjnik na szyi... W sumie, to przecież właśnie po to tam szłam.
Minęłam kilka sklepów i wspięłam się na małe schody. Wzięłam głęboki wdech i zapukałam do wielkich drewnianych drzwi.
Nie otwieraj.
Nie otwieraj.
Nie otwieraj.
Nie otwieraj.
 - Cześć, Sky! Cóż za niespodzianka!
Cholera. Otworzyła.
 - Cześć, Kat. Mogę wejść?
 - Oczywiście, zapraszam, ty tak tylko w T-shircie?
 - Tak, śpieszyłam się.
 - Co może być tak ważne? Zrobić Ci herbaty, kawy?
 - Zieloną herbatę poproszę - rozejrzałam się po domu.
Był całkiem ładnie umeblowany, troszkę w stylu vintage, ale nadal można było zauważyć ślady bytu basisty.
 - Co cię tu sprowadza? - spytała Katherine z uśmiechem.
Przecież nie mogłam powiedzieć prawdy. Nadal nie byłam pewna, czy to na pewno był Jeremy.
 - Po prostu chciałam z kimś pogadać.
Wyjrzałam przez okno. Ktoś powinien je umyć.
Usłyszałam za mną kroki.
Jeremy.
Nie odwróciłam się. Spoglądałam wciąż w okno, a on zachowywał się, jakby mnie nie było.
Miał w ręku coś srebrnego. Już wiedziałam, co to jest. Wstałam.
Patrzył na mnie, zamurowany. Podeszłam do niego i wyrwałam mu naszyjnik z ręki. Podeszłam do drzwi.
Nikt nie próbował mnie zatrzymać. Wyszłam.
Pierwszy raz od bardzo dawna poczułam wyrzuty sumienia.